02
lut
11

Wiele czasu minęło…

- Dawno Cię tu nie było, a piasek nadal się przesypywał.

- To prawda, wiele ziarenek mi umknęło.

- Wracasz na długo?

- Na wystarczająco długo.

14
lut
09

Umarło moje serce – Rozdział IV

Rozdział Czwarty

W którym Gamal smacznie śpi ale mija go cała zabawa. W rozdziale tym na świecie nic się nie zmienia, czyli: mordercy nadal mordują, władcy nadal władają, dowódcy nadal dowodzą a żołnierze nadal giną w wyniku czego misja Gamala dobiega końca szybciej niż się spodziewał.

- nareszcie się obudził…

Jeszcze przez krótką chwilę miał mgłę przed oczami, i nie wiedział co się wokół niego dzieje… ciężko mu było rozpoznać przedmioty a tym bardziej osoby i głosy. Zapachy były nierozpoznawalne… stracił też rachubę czasu. Gdy już doszedł do siebie zorientował się że leży na niewielkim wozie ciągniętym przez konie a zapach ich zadków przykuwał jego uwagę w bezlitosny sposób jednocześnie otrzeźwiając.

- jak się czujesz? – zapytał Khalid

- ja? Jedyne co czuje to smród końskiego tyłka…

- Wraca chłopaczyna do siebie, haha – wtrącił nieznajomy

- odzyskujesz zmysły to dobrze, nieźle oberwałeś

- gdzie jesteśmy? Ile czasu spałem? – zapytał zaniepokojony

- jesteśmy w drodze do Piątego oddziału Armii Polowej Policji Religijnej która być może będzie w trakcie bitwy, lub przed… a może już po… oby nie po. Niestety ja też straciłem rachubę czasu… spałeś dwa może trzy dni. Dopiero dziś udało nam się zwiać od tych bandytów, a wszystko to dzięki pomocy obecnego tu starego druha Sir Neila Prosta…

- witam i dziękuję za pomoc… – powiedział

- witam, myślę że Khalid by poradził sobie i beze mnie…

- ale z Tobą zawsze łatwiej i weselej – uśmiechną się Khalid

Sir Neil Prost wysoki mężczyzna w całości ubrany w czarne szaty, które elegancko komponowały się z siwiejącym włosem na głowie Neila. Posługiwał się arabskim z wyraźnymi nalotami akcentu Morvańskiego. Dostojny, spokojny i wielce poważny. Rzadko spotyka się osoby tak godnie a zarazem groźnie wyglądające.

Podążali na południa rozmawiając o sytuacji w kraju która nie wyglądała najlepiej. Wiadomo już było że pierwsza i trzecia armia zostały rozbite przez wojska Nestoriańskie, które teraz zmierzają w kierunku Awy i za kilka dni rozpoczną oblężenie. Mieli do pokonania jeszcze kilkanaście kilometrów lasu do osiągnięcia celu, wiedzieli że pod nim stacjonują wojska Piątego oddziału, a przynajmniej tak im się zdawało.

***

Abdullah Mohammad przechadzał się nerwowo po komnacie, mówiąc do siebie pod nosem. Bogaty kupiec przed chwilą wydał rozkazy dla dowódcy swojej najemnej armii, by ta udała się na pomoc mieszkańcom Awy w obronie miasta. Wiedział, że jeśli ta twierdza padnie Al Rajn upadnie również. Myślał o tym automatycznie jednak gdy tylko przyszło mu to do głowy starł się rozwiać tę wizję czymś przyjemny i mówiąc do siebie, że to bzdury.

- To niemożliwe, Awa nigdy nie padła pod naporem najeźdźców więc i teraz nie padnie, to fizycznie niemożliwe. Dobrze że ustanowiono regencję na czas wojny, oni coś zaradzą. Jeśli Awa upadnie… to droga do Al Many będzie strzeżona jedynie przez niewielkie Jidhuf, którego nazwa teraz dla mnie jest synonimem klęski – mruczał pod nosem – dwie armie zostały rozgromione przez bandę patałachów i nieuków… jak to możliwe? To wina dowódców, po wojnie będzie trzeba ich powiesić i wszystkich zdrajców razem z nimi a tych ostatnio przybywa… oby tylko Wezyr się nie dowiedział, ze wysłałem armię bo…

Przechadzał się tak od okna do kominka na którym wisiały wysuszone pachnące zioła i kwiaty ich unoszący się zapach w powietrzu odstresowywał wpływowego kupca.

Powoli przestawał się tym wszystkim martwić, podszedł do kominka by jeszcze raz zaczerpnąć pięknego zapachu w płuca. Nagle wszystkie myśli wróciły…

-bo… bo mnie zabije…

W tej samej chwili wspaniały zapach kwiatów został przecięty ostrym zapachem słodkich halucynogennych ziół, źrenice mu się raptownie powiększyły a oddech nagle się zatrzymał jakby zamiast powietrza i woni wciągnął w płuca wodę, zachłysną się, plunął na podłogę… w świetle ognia barwa cieczy miała jeszcze bardziej przerażający kolor. Usłyszał tylko…

- Dowódca twoich najemników, wybrał się na tę samą wycieczkę na, którą ty wybierasz się teraz…

***

Wyjeżdżając z za ostatnich drzew ich oczom ukazał się widok… widok którego Gamal się nie spodziewał w najczarniejszych snach. Gamal się nie spodziewał… za niego spodziewali się Khalid i Neil. Wjeżdżając na polanę usłaną trupami zasłaniali twarze mimo tego zapach rozkładających się ludzkich ciał docierał do ich nozdrzy. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi leżących jeden na drugim, oblanych krwią i błotem a na nich szarpiące kruki zebrane na tej polanie na posiłek. Gdzie niegdzie jeszcze ogień trawił resztki drzew a mostek nad strumykiem przepływającym nieopodal, jeszcze kilka dni temu zapewne wielce romantyczny dziś dodawał temu miejscu piekielnego wyrazu. Armia nestorian wbiła przerażający krzyż na środku miejsca bitwy by upamiętnić swoje zwycięstwo czyniąc z tego miejsca odkryty grób… dziś przerażający, w przyszłości miejsce schadzek kochanków.

- skurwesyny… nawet nie pochowali ciał, łajzy, psie syny! – wykrzyczał Neil

- gdyby mieli grzebać wszystkich, więcej by spędzili na kopaniu niż na walce – z obojętnością oświadczył Khalid – spójrz na młodego… chyba jednak doszedł do wniosku że wojna to nie rzecz dla niego…

- co on robi?

- rzyga…

- acha, widzisz? Palą za sobą wioski… idioci łatwo ich będzie znaleźć…

- przecież i tak wiemy dokąd idą… na Awe… możemy się zorientować ilu ich jest a potem wyprzedzić.

- tak też zróbmy, ale najpierw przenocujmy i dajmy odpocząć zwierzętom. Nie są daleko a nocować zapewne też będą.

- dobrze… ściemnia się wiec rozpalę ognisko, ale nie tu odjedźmy dalej

- tak, Gamal chyba by nic nie zjadł.

Mimo tego iż znacznie się oddalili od miejsca bitwy Gamal nie zjadł wiele. W nocy nie mógł też spać jego myśli krążyły nad polana usłana trupami po czym myślał o Remedeeh. Tak w kółko… Smierć, Remedeeh, śmierć, Remedeeh, śmierć, Remedeeh, śmierć, Leila…

Milczał nawet gdy Neil i Khalid w głos śmiali się z raz bluźnierczych, raz seksistowskich żartów, dziś go to nie obchodziło. Zaczął słuchać uważniej w momencie gdy rozpoczęli rozmowe na temat wojny.

- To już trzecia… – po dłuższej przerwie wtrącił Khalid – To już trzecia porażka… zostały nam tylko trzy dywizje łącznie liczące trzydzieści cztery tysiące ludzi…

- Plus armia z Al Farun…

- Armia z Al Farun nie przybędzie…

- czemuż to?

- Z tego co mi powiedział szpieg, nikt tam się nie kwapi do pomocy Rajńczykom… wręcz przeciwnie chcą byśmy przegrali po czym będą się układać z nestorianami by uzyskać kontrolę i zwierzchnictwo nad Al Rajn.

- Leila? – nagle wtrącił, przebudzony Gamal

- tak… wiemy tyle że po naszej stronie stanie Abdullah Mohammad… to duża pomoc jednak czy wystarczająca? Wojsko ma przypłynąć na dniach po czym okręty udadzą się do obrony portu w Al Manie, jednak jeśli tak dalej tak się będą spieszyć to przyjadą zobaczyć zgliszcza Awy… a potem… potem jesteśmy zgubieni.

- Awa ma wysokie mury powinna wytrzymać… a przynajmniej do czasu odsieczy.

- W Awie nie ma wielu ludzi do walki, wszyscy zostali przeniesieni do Al Many, Allah raczy wiedzieć czemu.

- czyli sytuacja jest ciężka…

- gorzej…

Gamal pierwszy raz słyszał tak poważne słowa z ust Khalida, nigdy wcześniej nie słyszał w jego głosie takiego tonu i takiej powagi. Co tylko spowodowało wzrost uczucia strachu.

- jutro ciężki dzień… panowie, idziemy spać! – krzyknął Neil

- co racja to racja, najważniejsze to się najeść i dobrze wyspać… a jutro będziemy świętować zwycięstwo! – równie głośno i wesoło ripostował Khalid, jednak chyba tylko po to żeby uspokoić Gamala… i samego siebie.

***

- za dużo palisz hasheeshu, Cristo…

- Narzekasz na efekty mojej pracy?

- nie, ale śmierdzisz tym dymem na odległość… jak ci się udaje ich wszystkich podejść…

- to już moja sprawa…

- ehh… gdzie się ostatnio podziewałeś?

- odwiedziłem matkę.

- nie dałem ci wolnego…

- zgadnij gdzie mam twoje wolne.

- Cristo… grabisz sobie, grabisz… wykonasz dla mnie inna misję… potrzebna mi informacja, pewien człowiek oraz specyfik.

- dokładniej, dokładniej i streszczaj się…

- Plany Ramzaniego od pewnego dobrze poinformowanego człowieka, Meledzes Al-Harrai, coś magicznego na migrenę… męczy mnie ostatnio codziennie.

- masz na myśli Sezera, druga sprawa to śmiesznie łatwe, a trzecie… proponuję tyle nie pić…

- Cristo ale ja nie żartuje…

- tak, załatwię tego Al-Harraia…

- ale mi chodzi o migrenę, ostatnio dostarczono mi sporo miodu od Mohammada, hehe

- Abdullahu… z tym to do Sharadi ja nie zajmuję się głupotami

16
sty
09

Grzech Drugi – Kłamstwo

UWAGA! Opowiadanie zawiera sceny drastyczne!!! Nie przedstawia realnych postaci!

Obudził mnie kolejny atak astmy oraz towarzyszący mu duszący kaszel, pomyślałem o najważniejszych rzeczach… przyjaciele, rodzina… nie pamiętałem ich tego poranka a wszystko co pamiętałem znajdowało się w portfelu.

Wybiegłem do łazienki by przemyć twarz zimną wodą, spojrzałem w lustro ten człowiek nie wyglądał jak ja…

- spójrz na tego człowieka w lustrze! To nie mogę być ja! To nie ja! To on! Który to ja? Czy ktoś mnie słucha!? Jestem tu sam?… Musze zadzwonić… nie pamiętam numerów! Wspaniała muzyka… to chyba Nosliw… gdzie jest mój ojciec? Gdzie dorastałem? Musze znaleźć mój dowód, mój paszport, moje prawo jazdy… w miejscach imienia wpisane było moje imię… pamiętałem swoje imię? Jaka narodowość? kredytową kartę by zdobyć jakieś pieniądze… nie potrafię wyjaśnić co do tej pory robiłem, jakim byłem człowiekiem, w jakich miejscach byłem…

Usłyszałem za drzwiami swoje imię wypowiadane jakby chórem.

Przeraźliwy ból przedzierający się od głowy do najodleglejszych części ciała o których istnieniu dopiero teraz sobie przypominałem wykręcał mi oczy i wyraz twarzy. Zapach potu wydawał się tak odrażający przez to, że był tak ludzki. Byłem zarośnięty, miałem długa brodę a na głowie zniszczone i poskręcane długie włosy. Nie mogłem dojść do siebie, jeszcze przez długi czas kręciło mi się w głowie, narkotyk nie przestawał działać… chciałem się przebrać lecz nie miałem nic, szafki były puste. Jedyne co znalazłem w mieszkaniu to nowa gazeta na stole, którą przeczytałem kilkanaście razy do wieczora…

największy potentat medialny, właściciel korporacji Earth, Pan Hazte podejmuje kolejne kroki by wszyscy obywatele v-świata wiedzieli więcej i znali prawdę z pierwszej ręki…”

„Rajńscy terroryści po raz kolejny szykują się do ataku i stają przeciw całemu v-światu i przywódcom wielkiej trójki…”

„ Rajńskie gazety oszukują i sieją propagandę wśród mieszkańców v-świata…”

„Al Rajn bezwartościowym kawałkiem ziemi którą rządzą paranoicy…”

Zawładnęła mną potrzeba, czysta potrzeba… zbawić v-świat od zaraz. Zakładam płaszczy wychodzę pod osłoną nocy, tylko oczy kotów płoną w ciemnościach ulic, smród wydobywający się z kanalizacji otaczał mnie ale nie przeszkadzał, śmieci walające się pod nogami nie były przeszkodami a wręcz mnie motywowały. Nie znałem miasta a jednak wiedziałem dokąd mam się kierować. W pewnym momencie wyrosła przede mną willa wybudowana chyba na część głupoty, jej ogrody pachniały tak wspaniale… róże, tulipany, świeżo skoszona trawa o zapachu słodkim jak cukier… wspaniale pachniały dla nich, u mnie powodowały co najwyżej świadomość wyższości zmysłów.

Na czwartym piętrze odbywał się bankiet na który musiałem się dostać, ale nie mogłem przecież tam wejść ot tak sobie… Podszedłem do balkonu złapałem się dolnej krawędzi po czym się podciągnąłem i chwyciłem poręczy, niezauważenie wszedłem. Dalszą część trasy postanowiłem pokonać windą… po drodze nikogo nie spotkałem… wszedłem do windy i wcisnąłem „4”. Winda nieoczekiwanie zatrzymała się na trzecim piętrze… drzwi się rozsunęły, wyrósł przede mną dostojny i elegancko ubrany mężczyzna.

- czwarte proszę – dziwnie się patrząc powiedział z wyraźnym Sarmackim akcentem

Drzwi znów się zsunęły… na czwartym piętrze wysiadła tylko jedna osoba i nie był to elegancki mężczyzna, zaproponowałem mu wycieczkę plastikowym workiem. Czując w nozdrzach jeszcze zapach garnituru ostatniej z ofiar skierowałem się do okna na korytarzu przez które wyszedłem na zewnątrz, stanąłem na dosyć sporych rozmiarów krawędzi po czym powoli przesuwałem się w stronę okien pomieszczeń w których odbywał się bankiet. Zatrzymałem się przy jednym z nich, rozmawiał mężczyzna i kobieta… Hazte, znam tę twarz dobrze. Sypialnia? za piętnaście minut…

Wyszła na taras, nie wiedziała, że jestem tuż obok, gdyby tylko spojrzała bardziej w lewo by mnie dostrzegła… oni są ślepi… zaślepieni tym co mówią media, nie umieją znaleźć prawdy w tym wszystkim. Media? Ludzie podążają za ich słowami, słowami wielkich korporacji przez co działają jak maszyny, oglądając całymi dniami telewizje i czytając prasę, mój nauczyciel to nazywał syndromem „zamknięcia”.

Wspiąłem się szybko na piąte piętro i bez trudu odnalazłem wspomniana przez cel sypialnię… nie robiąc hałasu otworzyłem okno… zawiało ciężkimi Scholandzkimi perfumami, podróbkami tych prawdziwych z Surmenii, pomyślałem ironicznie, że jeśli coś jest w stanie mnie zabić to właśnie ich perfumy. W pokoju było jasno… z łazienki w nowym białym szlafroku wyszedł on, pan słowa i myśli.

Zachowywał się spokojnie, jego niezachwiana pewność siebie spowodowała w moim organizmie wzrost adrenaliny… nalał sobie whisky ignorując mnie. Każda kropla whisky przelana do szklanki powodowała we mnie wzrost agresji.

Weszła kobieta, nie dostrzegła mnie… minęła sporą rzeźbę przez co straciłem ją z wzroku na ten ułamek sekundy… znalazłem się tuż za nią… z rękawa wysunąłem ostrze wykonując ruch patrzyłem w oczy Hazte’a, jej każdy kolejny krok był coraz niższy i mniej stabilny, padła do jego stóp… niezachwianych stóp, popijał whisky, jej śmierć nie wywołała jego reakcji ale w jego oczach zarysowywał się kształt, kształt strachu. Pewność siebie i brak skruchy zawsze mnie doprowadzały do szału…

Nie bawiąc się w zbędne gierki, schowałem ostrze… uderzyłem go w twarz najmocniej jak umiałem, upadł na ziemie po czym zacząłem w furii go okładać na oślep… teraz strach, panika były jak najbardziej widoczne, starał się bronić lecz nic nie mógł zrobić. Hałas jaki towarzyszył całemu zajściu był niesłyszalny dzięki pięknie przygrywającej mi orkiestrze, grali walca, muzyka zawsze mi towarzyszy… to sztuka… w jego oczach teraz mogłem odczytać myśli… myśli o tym, że teraz o nim usłyszą wszyscy i wszyscy będą mogli czytać o nim na pierwszych stronach gazet… jego sława nigdy więcej nie dosięgnie tego szczytu. Zapewne widział setki obrazów dostrzeganych przez czerwoną poświatę krwi, żadnych jasnych tuneli, żadnych wspomnień, czysta rzeczywistość. Z jego ust wydobyło się ciche „nie”, na chwilę przestałem by coś powiedzieć.

- widzisz tę krew na moich dłoniach, ramionach i głowie!? Teraz nie mogę przestać… to nieodwołalne! Zostawię ślad…

Wyciągnąłem ostrze, te kilkanaście centymetrów prawdy, nimi zacząłem dźgać na oślep w twarz i klatkę piersiową. W myślach widziałem wszystko ale nie to… nie chciałem tego widzieć, starałem się przypomnieć sobie kim jestem lecz wszystko zostało wymazane lub zmienione przez niego, przez niego nie wiem kim jestem, narzucał mi wybraną przez siebie tożsamość. Przestałem w momencie w którym ostatni mechanizm życiowy został zatrzymany, gdy nie poznawałem już jego twarzy, gdy uścisk jego dłoni zanikł do reszty… jego ręce bezwładnie opadły na ziemie a w zalanych krwią oczach zobaczyłem pustkę i zimno… pierwszy raz nie panowałem nad sobą, potem tego żałowałem.

Zjechałem windą i wyszedłem głównymi drzwiami. Z rana czytałem poranną prasę.

05
sty
09

Grzech pierwszy – zachłanność


Siedzę w nocnym pociągu z  Grodu do Termitowa… dzieli mnie ściana od krwawiącego świata, największej organizacji charytatywnej, która nie potrafi zatrzymać tego krwawienia.  Kraj leżący w najstarszej części kontynentu, pośród gór i licznych malowniczych dolin gdzie sny są miażdżone przez narkotyki i wysokie aspiracje. Ktoś mówił, ze tu jest najlepiej… nowoczesny Rzym dzisiejszego świata… tak śmią się określać, ale kraj jest zaślepiony przez korupcję, sławę i pieniądze. Dzieci są porywane dla okupów przez bogatych arystokratów dla jeszcze większych bogactw… dlatego właśnie obywatele muszą odłożyć na bok ich słodkie sny na rzecz chorych pogoni i walki o dominacje która gwarantuje przetrwanie w tym równie chorym kraju. Syzyfowa praca biedaków którzy mają najwięcej strat a przecież przynoszą największe korzyści, tu wygrany zbiera wszystko…kraj szczęścia znajdującego się w sitkomach, pieniędzy ukrytych na kontach, pracy sierpem i młotem dla dobra ogółu…

Przemierzam ten kraj, walczę z prędkością hałaśliwego pociągu, minąłem już pierwszą stację, nie jestem tu przecież bez przyczyny… mam coś do załatwienia. Wysiadałem z przedziału poruszałem sie w stronę wagonów pierwszej klasy za którymi był juz tylko wagon książęcy… mijałem ich… tych wszystkich ludzi jadących druga klasą patrzących na mój strój, na mnie, na nogi… ci wszyscy ludzie nie mogli zasnąć z głodu… w rogu siedział stary człowiek w szarej kurtce, miał zamknięte oczy, najprawdopodobniej wysiadł już wcześniej a jego ciało wysiądzie na najbliższej stacji… wszechogarniający smród ludzi trafiający w najgłębsze zakamarki nozdrzy dawały mi impuls do działania. przyspieszyłem kroku. w następnym wagonie nie czekało mnie nic innego… tylko czemu mnie to nie dziwi? czemu mnie to nie drażni? jest to tak zwykłe… wyprzedził mnie człowiek trzymający w reku szarą kurtkę, na myśl przyszedł mi starzec z poprzedniego przedziału… codzienność. Mijałem kolejne wagony aż dotarłem do wagonu restauracyjnego znajdującego się tuż przed wagonem książęcym. wszedłem do niego w środku było tylko czterech ludzi… dwóch piło kawę i dwóch strażników. Mój ubiór wywołał szybka reakcję…

- to wagony pierwszej klasy… trzecia klasa jest na końcu

byłem spokojny… zawsze jestem. podszedłem w ciszy do strażników którzy ledwie drgnelii wylądowali na krwiście czerwonym dywanie restauracji… uciszenie gości nie zajęło mi dużo czasu… ale za to skróciło czas na wykonanie zadania. Strażnicy… dwóch młodych chłystków nie mający żadnego przeszkolenia, straż przyboczna księcia. Wchodząc do drugiego pokoju minąłem dwie następne pary, które nie zwróciły na mnie uwagi co ewidentnie wyszło z korzyścią dla nich i dla mnie. Strażnicy zmieniają się co godzinę, grom go wie ile już stali tamci więc czas najwyższy zacząć działać… od księcia dzieliły mnie już tylko drzwi pokoju sypialnianego…

Książę… wysoki, przystojny, dobrze zbudowany mężczyzna ubrany w przepiękne szaty uszyte rękami pasażerów trzeciej klasy, postanowił mi ułatwić zadanie i przechadzał się po sypialni w środku nocy. Z rękawa wyciągnąłem ukryte ostrze… spojrzałem pod nogi… sprowadzany, piękny nowy dywan jeszcze pachniał klimatem pustyni  Jidhuf… rozejrzałem się w prawo i w lewo, piękna biblioteczka pachnąca nowym papierem znam ten zapach, przypomina lata młodości i nauki… te książki jakby nie dotykane. nikogo nie było wokół… było ciemno książę nie zapalił światła… stojąc w oknie o czymś myślał w pełni nieświadomy władca całkowicie nieznanego sobie kraju.

podszedłem do niego od tyłu w dłoni z lśniącym ostrzem, które w połączeniu z odbitym w nim blasku księżyca było jedyną rzeczą mogącą mnie zdradzić. szybkim ale delikatnym ruchem lewej ręki zatkałem mu usta po czym energiczny cios skierowany między łopatkę i kręgosłup tak żeby dosięgnąć płuc i serca zadał mu przenikający ból i zakończył życie człowieka odpowiedzialnego za wszelką zachłanność tego kraju. Kawałek Rajńskiej perfekcyjnie wykutej stali… taki niewielki a potrafię nim zmiażdżyć nawet największą potęgę tego świata… wystarczy mi ułamek sekundy i dobra okazja a świat pada na kolana, zapada zmrok by o poranku znowu świętować pojawienie się słońca, kiedy to my wszyscy budząc się liczymy na jakieś zmiany, które niestety tak rzadko nadchodzą. Uczucie dobrze wykonanego obowiązku, ciepły zapach krwi i zimnej stali dają porażający efekt dla moich zmysłów… tak się odwdzięczam ojczyźnie za to co mi dała nie licząc na ordery, licząc na lepsze jutro i odrobinę wdzięczności.

Termitów… ostatnia stacja, czas bym wysiadł. Tłum rusza do drzwi przepychając i tratując samego siebie, tłum który dziś jest dla mnie nową możliwości i szansą… obwieszczono żałobę narodową.

25
gru
08

Mikołaj z Al Rajn

Czytałem ostatnio artykuł z Morbhan Aralt i pomyślałem ile przekłamań można znaleźć w tej gazecie. Jako że Wielkanocy niema to “Królik” ma gówno do powiedzenia i ściemnia żeby Mikołaj miał mniejsze poparcie, a nie od dziś przecież wiadomo, że Mikołaj pochodzi z Al Rajn! Przecież każde dziecko wie jak wygląda mikołaj… Ma długą brodę, ubrany w czerwone szaty, czapka z dzwoneczkiem, szeroki pas i przede wszystkim worek pełen prezentów. Jak nic pasuje do opisu Rajńskiego terrorysty! Może by jeszcze się kłócić o to ale gdy pada argument że Mikołaj wchodzi przez komin, “dziurkę od klucza” czy też w najbardziej drastycznych przypadkach przez okno to już wiadomo że to musi być terrorysta… szale goryczy na niekorzyść niczemu winnych Rajńczyków przechyla to iż ten w momencie podkładania ładunków pod choinką się paskudnie i głośno śmieje “ho! ho! ho!”. W innych krajach wciska się dzieciom, że Mikołaj ma brodę bo jest yslamistą, szaty są czerwone od krwi, czapka z dzwonkiem to nic innego jak licznik podłączony do zapłonu detonującego szeroki pas do którego są przymocowane ładunki C4… i pomyślcie teraz: co Mikołaj ma w worku pełnym prezentów? Dziwicie się, że dzieci nie wierzą w Mikołaja?

Toż to jakaś paranoja!!!

Od lat wpiera się młodym obywatelom v-świata, że Rajńczycy to terroryści  tymczasem mieszkam w Al Rajn od dłuższego czasu i nie znam żadnej organizacji terrorystycznej pochodzącej z Al Rajn, no ale to da się wytłumaczyć jestem przecież w pełni nieświadomy, taki świateczny matrix. Ale znam za to SiW i ogólnie wiadomo, że nie jest to organizacja terrorystyczna z Al Rajn, więc skąd się wzięło przekonanie że to akurat Rajńczycy są terrorystami?

Postarajmy się to wytłumaczyć… jesteśmy Yslamistami, Arabami, obchodzimy ramadan, modlimy się 3 razy dziennie… no i wszystko jasne! Dalej każdy sobie dokłada, że jedyne co umiemy robić to terroryzować i wysadzać się w powietrze, kiedy chcemy sie rozerwać to ludziom jedno do głowy przychodzi więc zero zabawy…czyżby propaganda Stanów Zjednoczonych dotarła nawet w rejony państw v-świata? Przecież ideą v-świata jest oddzielenie od reala i tworzenie nowej wirtualnej rzeczywistości. Według mnie terrorystami są ci którzy robią wam, czytelnikom wodę z mózgu i wciskają wam takie gówna do głowy. Zanim przeczytacie następny artykuł z tej gazety proponuję się dobrze zastanowić, a jak już przyjdzie wam czytać to należy umieć sortować prawdę od propagandy i steku bzdur.

Chcę wam oświadczyć że jako Rajńczyk się niegodzę na nazywanie mnie terrorystą i każdą próbę przypięcia mi takiej łatki będę tępił.

Wesołych Świat i Mikołaja z workiem pełnym prezentów…

24
gru
08

UMS – Rozdział Trzeci

W którym wszystko się wydłuża. Los nie oszczędza dwójki nowych znajomych a na domiar złego Gamal zostaje ranny z powodu biegunki Khalida. Bohaterzy podróżują w większej grupie przyjaciół a potem trafiają do drugiej grupy mniej przyjaciół. Ale w między czasie Gamal przekonuje wszystkich niedowiarków, że jednak na pustyni są kałuże pełne błota.

Choć do Jidhuf nie mieli daleko to i tak musieli się spieszyć ze względu na to iż zapadał zmrok i bramy miasta były zamykane punktualnie o północy. Wśród palm raczej ciężko było wyznaczyć dokładną godzinę.

- daleko jeszcze? – zapytał Gamal

- dwadzieścia minut drogi i będziemy u bram Jidhuf, zatrzymamy się tam na noc

- to dobrze… po co jedziemy do Jidhuf kiedy mogliśmy skręcić na trakt nadmorski?

- mamy tam sprawę

- mamy? Ja mam rozkazy

- tak obaj mamy, nawet powiem więcej mamy je od tej samej osoby… schowaj nóż

- chciałem tylko sprawdzić czy jest na miejscu

Ciągnęli rozmowę aż do bram miasta… Nad miastem górowały wieże jedynego meczetu w Jidhuf. Nie było to duże miasto jednak bardzo malownicze. Położone w dolnie między wzgórzami przypominało krainę miodem i mlekiem płynącą. Miasto było w pełni oświetlone co utworzyło piękną łunę nad miastem, jakby Allah otaczał je opieką własnoręcznie. Szeroko otwarte bramy oznaczały że wjazd jest możliwy ale nie bez kontroli którą przeszli bardzo szybko bo wystarczyło tylko by Khalid pokazał upoważnienie od Wielkiego Mułły.

Z bliska miasto wyglądało jak każde inne, na ulicach błoto lub kurz, w koszach spleśniałe owoce i warzywa. W rynsztokach pełzały jaskrawo świecące eufiliny, robactwo które wyjadało odchody ludzkie i zgniliznę a nawet psy czy zdechłe koty.

Idąc mijali kolejne lokale w których huczało od zabawy. Minęli siedzibę władz oraz piękny meczet, którego złocenia wyróżniały się na tle otaczających go starych i zniszczonych chat. Doszli do bramy przekraczając którą można było dotrzeć tylko do małego portu. Skręcili w uliczkę w prawo i znaleźli się na środku małego dziedzińca, na wprost nich były drzwi a nad nimi drewniany napis z którego ledwo można było wyczytać nazwę „Al Mazika” szyld nie napajał optymizmem przyzwyczajonego do wygód Gamala, nie napajało go optymizmem też to że tuż obok drzwi spał człowiek z butelką w ręku i w koszuli na którą ewidentnie znajdowało się coś więcej niż tylko wymiociny co to było, Gamal nawet nie chciał zgadywać a tym bardziej przyglądać się bliżej.

Przekroczyli drzwi, wewnątrz było już bardziej znośnie. Względna cisza i tylko kilku gości z których nikt nie spożywał alkoholu. Barman wycierał naczynia z dużym zaangażowaniem i układał z powrotem na półce. Podeszli do baru.

- Co podać Panie Patryku? – zapytał barman

- Khalidzie – sprostował Khalid

- Co podać Panie Khalidzie?

- Dla mnie kapustę z grochem i kubeczek miodu – powiedział Kahlid

- wodę i… – wtrącił Gamal

- zaraz podam – przerwał Gamalowi co wywołało nie małe zdziwienie na jego twarzy – Panie Khalidzie pokój czeka, ten co zawsze.

- dziękuję, jestem ci wdzięczny Abdulu

Po tym jak zjedli poszli do pokoju, było późno. Musieli wypocząć.

- Patryku? Dziwne imię, tak się nazywasz naprawdę? – zapytał Gamal

- naprawdę to się nazywam Khalid – odparł od niechcenia

- kiedy załatwisz swoją sprawę?

- teraz, musze iść do kibla nie służy mi ta kapusta. – powiedział wychodząc

Khalid siedział w toalecie już dobre dwadzieścia minut gdy drzwi pokoju się otworzyły a do wewnątrz weszła kobieta w kapturze.

- Kim jesteś?! – krzyknęła dziewczyna

- Kim ty jesteś!?

Kobieta szybkim ruchem ręki wyciągnęła nóż schowany za paskiem i dźgnęła Gamala w pierś. Ten jednak zrobił udany unik… prawie udany bo nóż rozciął mu bok, Gamal spróbował obalić dziewczynę na ziemie ta jednak się uchyliła i poczęstowała go efektownym kopniakiem w krocze tak że mógł tylko zawyć z bólu. Do pokoju wszedł Khalid…

- Leila przestań! Widzisz że bić to się za dobrze nie potrafi. – przerwał Khalid

- Kto to jest? – zapytała Leila

- człowiek z którym przyjdzie mi spełnić najbliższą podróż.

- nigdy nikogo tu nie przyprowadzałeś więc uznałam…

- nic się nie stało… ważne, że żyje…

- Nic się nie stało!? – krzyczał wijący się Gamal – kurwa mać! raniła mnie w bok…

-przepraszam nie przedstawiłeś się – powiedziała ze skruchą Leila

- wyśmienicie – burknął podnoszący się Gamal

- Leila Rami, agentka na usługach Ekscelencji Wielkiego Mułły Osamy bin Ramzaniego – powiedziała zdejmując kaptur

- Gamal Hamza, medyk na usługach… kurwa jak boli…

Leila Rami nie była dużo starsza od Gamala co strasznie go zdziwiło, zastanawiał się w jaki sposób tak młoda dziewczyna tak szybko dostała się do służby u Wielkiego Mułły. Leila była dziewczyną wyjątkowo ładną. Czarne włosy i szmaragdowo zielone oczy pasowały do siebie wręcz idealnie, twarz miała niczym bogini małą lecz wyjątkowo charakterystyczną i delikatną. Gdy Gamal się opatrywał, Leila przekazywała tajne rozkazy Khalidowi, nie mógł się powstrzymać by na nią nie patrzeć, często odwzajemniała spojrzenie czasem nawet dodając dyskretny uśmiech w ramach przeprosin za głęboko cięta ranę. A to jak zaczesywała długie włosy zrobiło na nim większe wrażenie niż to jak włada bronią białą.

- Muszę już iść… do zobaczenia Gamalu – z uśmiechem powiedziała Leila

- Następnym razem kopnij Khalida… do zobaczenia

Leila wyszła po czym było słychać jak zbiega ze schodów.

- Idź spać, musimy wcześnie wyjechać.

- z przyjemnością, dobranoc

- oby…

- Khalidzie, nie będziesz miał nic przeciwko jak otworzę okno… strasznie tu śmierdzi

- będę miał… śmierdzi? Skąd?

- z kibla

- ja nic nie czuje –niewinnie odpowiedział Kahlid

- udam że nie słyszałem, dobranoc

- a możesz udać, że nic nie czujesz?

- nie

Gamal wstał pierwszy mimo tego, że rana dawała mu się ostro we znaki. Khalid podniósł się około godziny później ponieważ wiedział kiedy podają śniadanie mieszkańcom. Ubrał się…

- Gdzie idziesz? – zapytał skwaszony Gamal

- Na śniadanie, ładny poranek nieprawdaż?

- po czym wnosisz? – ironia była wyraźna

- słońce pięknie świecie – może gdyby powtórzył to jeszcze raz Gamal by był skłonny uwierzyć

- za oknem mamy wielki mur zasłaniający wszystko włącznie z ze słońcem

- doprawdy? – Khalid był nieco zdziwiony

- tak – z całkowitą pewnością i zgodnie ze stanem faktycznym rzucił medyk

- aha… - wychodząc

Zaraz po śniadaniu zapłacili Abdulowi i opuścili lokal by odwiedzić meczet, a raczej rynek przed nim. Mieli tam czekać na orszak Generała Saida al Falima. Khalid wcześniej wszystko wyjaśnił Gamalowi by nie mieć żadnych problemów z narwańcem, dzięki temu Gamal dowiedział się że przez jakiś czas będą wspomagać eskortę Generała Falima by potem się od nich odłączyć i dotrzeć do Armii Polowej.

Orszak złożony z trzech wozów i trzydziestu jeźdźców czekał już tylko na nich.

- Co tak późno… przyjacielu? – odezwał się jeździec wyglądający na generała.

- Khalidzie… Witam Saidzie… towarzysz mi okulał

- Jak to okulał? Przecież ma rozbitą głowę.

- mówi, że okulał… wie lepiej wszak jest medykiem.

- haha… więc nie będę dywagował… ruszajmy! – krzyknął Generał Falim wskazując bramę widoczną już spod meczetu.

Powoli ruszyli, mieli przed sobą długa podróż i noc na pustyni kamiennej gdzie nie jest zbyt bezpiecznie tym bardziej dla bogatych ludzi bowiem grasują tam bandy zbójników pustynnych czekających właśnie na takie orszaki. Podczas podróży Khalid prowadził długie rozmowy z Generałem Falimem o jego planach i o tym co się dzieje na froncie, dowiedział się z nich że Lestat de Lioncourt zabrał już swoją armie i zamierza uderzyć w pierwszej kolejności na Awa po czym na Isu co było oczywiste, dowiedział się że już wczoraj cała armia zebrała się na południu Ammatu Awy i powoli zmierzają na północ nie po to by głosić słowo boże. Ale by szerzyć śmierć i zniszczenie.

Tymczasem Gamal zajmował się poznawaniem córki Generał Falima. Remedeeh urocza, mądra i przede wszystkim piękna blond włosa dziewczyna była wielce podekscytowana rozmową z Gamalem, co jakiś czas wybuchali śmiechem by za chwile znowu wróciła powaga i rozmowa na najwyższym poziomie. Remedeeh interesowało to jak jest za granicą i to co studiował Gamal. W oczach Gamala widać było młodzieńcze zauroczenie a oczy Remedeeh przypominały kamyczki wyciągnięte ze strumienia. Oboje nie mogli od siebie oderwać oczu.

Remedeh była blondynką o niebieskich oczach i wspaniałej figurze, miała wiele talentów o których opowiadała. Gamal miał jeden, którym był talent do stałego zakochiwania się jednak teraz to było coś innego coś większego.

Zatrzymali się późnym wieczorem. Tylko chwila wystarczyła by oczyścić pole z kamieni i rozłożyć czarne namioty. W sumie namiotów było około sześć w tym jeden stajenny dla wielbłądów. Wieczorem Remedeeh Falim opowiedziała o zamiarach jej ojca który ma zamiar ją wydać za swojego kolegę będącego aktualnie dowódcą Piątego Oddziały Armii Polowej czyli dla zwierzchnika Hamzy. Gamal poczuł rozczarowanie i wszechogarniający ból, sytuacja była bez wyjścia, nie wiedział co może zrobić by Remedeeh była z nim. Chłopak nie mógł długo zasnąć jednak głowa i cięta rana przypominająca Leilę tak go wymęczyły, że w końcu usnął.

W nocy Remedeeh wyszła z namiotu, wkradła się do stajni i wsiadła na jednego z wielbłądów i zaczęła powoli odjeżdżać by za wzgórzem ruszyć galopem przed siebie zmierzając… nie wiedziała dokąd zmierza. Nie zmierzała daleko bo nagle przed nią wyrósł inny obóz a za nią pojawili się jeźdźcy jej ojca wśród nich był Khalid i Gamal. Zdała sobie sprawę że nici z ucieczki i musiała się poddać… ale nagle z drugiego obozu wyszli ludzie którzy widząc jadących w ich kierunku zbrojnych zebrali się do obrony.

- To obóz bandytów! – krzyknął Falim – na nich!

Cały orszak minął Remedeeh tylko jeden jeździec został pilnować damy, reszta ruszyła w bój. Gamal też ruszył do boju dzierżąc w ręku saraceńską szablę.

Khalid siekał na prawo i lewo a ciała zbirów padały do jego stóp. Żaden nie miał szans… ale było ich znacznie więcej. Khalid zostało otoczony ale na ratunek przybył mu Gamal. Który częściej ciął powietrze niż ciała wroga ale przynajmniej koncentrował uwagę wroga na sobie. Ciosów wroga unikał raz się potykając drugi raz zasłaniając się bronią robił to tak niezdarnie że Khalid walcząc śmiał się w głos… Nie potrwało długo by Khalid pozbawił większości głów lub innych części ciała tych bardziej potrzebnych a czasem i tych mniej. Gamal w końcu trafił przeciwnika i ciął ramie ale to mu pozwoliło na chwilę oddechu i zadanie ostatecznego ciosu. Generał choć już mający swoje lata wciąż miał siły tyle co jego młodzi żołnierze, zanim walka się skoczyła zdołał rozpłatać dwie głowy i pozbawić nóg kilku zbirów. Po niedługiej walce bandyci zaczęli uciekać w pośpiechu…

- uciekają!! Za nimi! – krzyczał Falim

- nie ma sensu… niech wieją jak najdalej stąd, spotka ich jakiś oddział Armii Sułtańskiej – powiedział Khalid, nie świadomy tego jak w przyszłości będzie żałował swoich słów.

- masz racje… nie przedłużajmy podróży, do obozu!

Jeszcze w nocy było słychać głośną rozmowę między ojcem a córką w drugim namiocie.

Ojcowski krzyk niósł się przez całą pustynię. Kolejnego dnia wyruszyli i powoli zbliżali się do Awy, już po południ nadszedł czas na pożegnania, Gamal i Khalid odłączyli się od orszaku by zmierzać w stronę armii polowej. Nie obyło się bez serdecznych uścisków Generała Falima z dwójką emisariuszy a także ciepłych pożegnań Gamala z Remedeeh. Obiecali sobie oni że się jeszcze spotkają i to jak najszybciej.

- Jeszcze dzień i powinniśmy dołączyć do orszaku. Gamalu tam nie będzie zlituj się. Wiem, że jesteś jedynakiem a ojciec twój jest już stary przecież mogłeś spokojnie siedzieć w domu, dlatego nie rozumiem czemu tak chciałeś walczyć.

- dla sprawy, religii i ideałów. Pomogę zwyciężyć prawdziwej religii i nowemu władcy którym zostanie Ajatullah Osama bin Ramzani. Jest wspaniałym dowódcą duchowym i państwem będzie rządził wyśmienicie również.

- Nikt nie zgodzi się na łączenie władzy świeckiej i duchowej w jednym ręku, Ramzani by był wtedy zbyt potężny. Żaden z jego wrogów a nawet przyjaciół do tego nie dopuści. A co do samych ideałów to wspaniale że znalazł się choć jeden idiota który w tej wojnie za to zginie… rozumiesz? Takie urozmaicenie.

- nawet jeśli zginę po śmierci Allah…

- chyba nie chcesz zaczynać znowu o Allahu… już raz o nim rozmawialiśmy

- nie chce… a za co ty walczysz?

- to proste… walczę by zarobić na emeryturę.

- błahe powody, wstydził byś się… Wielki Mułła walczy o coś wyższego niżeli tylko pieniądze

- tak uważasz? To miłe… co to? – obracając się w bok i skupiając swoją uwagę w odległym punkcie

- nie próbuj zmieniać tematu

- słyszysz? … to niedobitki tych zbirów… Falim chciał ich wykończyć ale nie, ja kurwa musiałem go zatrzymać… w nogi!!!

Galopem pokonali pierwsze dwie wydmy, poczym ich wielbłądy wkroczyły na pustynie kamienistą, zwierzęta często się potykały o kamienie jednak nie przeszkadzało to w szybkim przemieszczaniu się. Obaj jeźdźcy wymuszali na wielbłądach szaleńczy galop między ogromnymi kamiennymi słupami i różnobarwnymi krzakami. W pewnym momencie dwaj jeźdźcy wkroczyli w niewielki wąwóz, musieli go pokonać bardzo szybko inaczej mógł zostać wykorzystany przez dopędzających ich bandytów. Byli za nimi już tylko kilkanaście sekund galopu a oddech bandyckich wielbłądów już był dobrze słyszalny co nie napawało zbytnim optymizmem Khalida, który w głowie znalazł jeden pozytywny aspekt całej pogoni, myślał że przynajmniej w jednym Gamal nie jest kaleką bo ten do perfekcji opanował jazdę na wielbłądzim garbie. Na nic zdały się wysokie umiejętności Gamala kiedy zwierzęta były zmęczone i galopowały coraz wolniej. Kiedy już udało im się wyjechać z wąwozu wyrosły przed nimi sporej wielkości krzaki przez które obaj przeskoczyli. Medyk wpadł z hukiem w śmierdzące błoto i całkowicie się w nim zanurzył a jego wielbłąd odjechał kilkanaście metrów i zatrzymał się przy skałach. Khalid miał nieco więcej szczęścia lecz nie zostawił Gamala i starał się go wyciągnąć… co mu się udało jednak było już za późno… grupa dziesięciu bandytów otoczyła Khalida i Gamala co wywołało szybką reakcję drugiego z nich…

- zasrane gnoje! Nie wiecie dla kogo służymy!

- Gamalku cicho… – wyszeptał Khalid

- wy suczysyny! Wielki Mułła Osama bin Ramzani was zniszczy i rozgniecie jak zwykłe robaki!

Gamal mimo tego że z trudem wydobył się z gnojowo śmierdzącego błota to wylądował w nim z powrotem ogłuszony rękojeścią szabli. Zabrali ich… tylko Allah jeden wiedział gdzie… a może i nawet Allah nie wiedział.

17
gru
08

Rozdział 2 – UMS


Rozdział Drugi

W którym to jedni przychodzą drudzy na odwrót, plagi się szerzą, nienawiść też. Nareszcie będziemy mieli zaszczyt poznać bohatera głównego a broń zacznie iskrzyć wzorując się na stosach. W nim też będziemy się przenosić z Al Many do Al Muhar, z Al Muhar do Al Many a z nich do Al Farun, niekoniecznie w tej kolejności i nie koniecznie tylko w miejscu ale i czasie więc do czytelnika apeluję o uwagę.

Port w Al Muharze śmierdział, śmierdział jak każdy inny port na tym świecie rybami, zgnilizną, biedą i ludźmi, przede wszystkim ludźmi. Nic nie wyglądało nadzwyczajnie, ot zwykły dzień z życia portu. Jedni przypływali drudzy zapisywali się na statki. Ewidentną większość stanowili ci drudzy.

Nasser Hamza, człowiek którego włos już dawno nabrał koloru pajęczej nici a starość zasiała w jego wnętrzu strach przed śmiercią… może dlatego zaczął doceniać życie bardziej niż wcześniej. Dla niego dzień dzisiejszy był dniem wyjątkowym. Jego syn Gamal wracał z Ghafuru gdzie studiował na jednej z najlepszych uczelni na świecie farmaceutykę i zielarstwo pod okiem samego Tokara Khalafa. Nareszcie wracał… wracał by zaopiekować się rodziną i zadbać o przyszłość nazwiska, przynajmniej Nasser miał taką nadzieje.

Stojąc w porcie z całym orszakiem wyczekiwał aż syn zejdzie na ląd i przywita wszystkich których już od dobrych sześciu lat go nie widzieli. Czekali w niewiarygodnym upale około dwudziestu minut gdy zobaczyli Gamala.

Gamal wyglądał inaczej… dużo inaczej. Nie dość, że inaczej to jakoś dziwnie. Zszedł powoli niepewnie stawiając kroki, po czym stanął naprzeciw ojca.

- Gamal! Witaj z powrotem synu! –krzyknął szczęśliwy ojciec

Syn odpowiedział szybko i zdecydowanie… promieniem wymiocin kierowanym przez barierkę, która pozwalał mu się utrzymać na nogach.

- witaj ojcze… i wybacz, choroba morska… -odpowiedział zielony Gamal.

- Wybaczam synu… jedźmy już, jest straszny upał a chyba tobie się pogarsza…

- dobry pomysł… jedźmy. Czemu oni wszyscy w takim pośpiech opuszczają Al Muhar?

- źle się dzieje… ale o tym porozmawiamy w domu.

Rodzina Gamala była zwykłą średnio zamożną kupiecką familią która mogła sobie pozwolić na nieco więcej tylko dzięki wpływom ojca i jego interesom. Nasser jako kupiec importował jedwab a sprzedawał papier , wszystko drogą morską. Pozwoliło to na budowę małej posiadłości poza granicami Al Muhar. Gamal w domu nie był od lat więc cieszył się że może zobaczyć rodzinę i spędzić z nimi wolny czas. Wieczorem gdy już wszyscy nacieszyli się Gamalem który doszedł już do siebie i wyglądał już nieco bardziej jak Gamal ojciec rozpoczął temat i wyjaśnił sytuację w kraju.

- To straszne… czemu Sułtan nic z tym nie zrobiła? Jest tylko jedna wiara! Yslam! Jak można było pozwolić na zakorzenienie się tego w naszym kraju!

- Jej Wysokość Sułtan została zamordowana trzy dni temu… wczoraj odbył się pogrzeb.

Gamal siedział w ciszy a w jego oczach malowała się złość i wszech ogarniająca nienawiść, zapewne on sam nie wiedział do kogo.

- spokojnie synu… dla nas jest to nie ważne. Nawet jeśli wybuchnie wojna. Jesteś jedynakiem i musisz dbać o rodzinę i zaopiekować się nią.

- Nie ma mowy muszę stanąć po stronie prawdziwej wiary! I nic mnie od tego nie odwiedzie… – krzyczał a jego głos roznosił się po całej komnacie

- synu, jeśli zginiesz co się stanie z rodziną? Ktoś musi się nimi zająć

- nie zginę! Allah mnie uniesie na swych skrzydłach!

- widzę że na darmo język strzępie… dobrze. Załatwię to… będziesz mógł pomagać. Postaram się załatwić ci służbę u Wielkiego Mułły.

- dziękuję ojcze

- nie dziękuj… idź już spać.

Następnego dnia ponaglany prośbami syna Nasser udał się do Ajatullaha Osamy bin Ramzaniego, prosić o przyjęcie jego syna na usługi.

- Witam cię Ekscelencji Wielki Mułło Ajatullahu! – powiedział klękając

- Witam… powstań, z czym dziś do mnie przychodzisz stary przyjacielu?

- Chciałem cię prosić o przyjęcie na twe usługi mojego syna… ledwo skończył studia farmaceutyczne i chciałby pomóc w obronie wiary. Jednak chciałem prosić o to by nie był zbyt narażony… jeśli Ajatullah łaskawie mógłby pomóc…

- wspaniale… medycy nam się przydadzą. Będzie lekarzem pomocniczym piątego oddziału armii polowej Policji Religijnej. Jutro niech się uda do jednostki w Al Manie do Kapitana Husseina Aliego.

- yyy… ale… dziękuję – odpowiedział zdruzgotany, wiedział że armia polowa jest zawsze najbliżej linii frontu.

***

Jej Wysokość Sułtan wzięła kąpiel i weszła do pokoju sypialnianego by resztę wieczoru spędzić w łóżku. W powietrzu unosił się zapach mydła waniliowego oraz różnego rodzaju perfumy sprowadzanych z najdalszych zakątków świata, wszystkie te zapachy mieszały się z ciężkim zapachem kadzidła piżmowego. W pewnym momencie jej nozdrza wyłapały jeden niepowtarzalny zapach który coraz bardziej ją otaczał i dusił… słodkawy i ciężki zapach ziół…

- Czyli to już koniec Cristo? – rzuciła beznamiętnie w pustkę

- Niestety tak Pani – odpowiedziała mroczna postać przechodząc spokojnym krokiem z balkonu do sypialni, w głosie wyraźnie było słychać szacunek i uspokajający ton

- rozumiem… tylko ty wiesz więc powiedz… co będzie jak odejdę?

- Najprawdopodobniej pustka…

- postaraj się zrobić to bezboleśnie

- postaram się, dobranoc

- dobranoc

Al Mana zasnęła by pogrążyć się w ciszy i spokoju… niestety tylko do świtu.

***

Zaraz po pogrzebie Sułtan, to jest cztery dni później, Wielki Mułła postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. I obwieścił, że jedyną obowiązującą religia w kraju jest Yslam Rajński inne religie są potępione przez Allaha a innowierców należy wypędzić zgodnie ze słowem boskim.

Po tym obwieszczeniu już nikogo nie obchodziło jaką wizję wypędzenia miał na myśli Ajatullah Osama bin Ramzani zapłonęły dachy kościołów, pod murami miast stosy a rynsztoki zapełniły się wielobarwną mieszanką gnoju, uryny i krwi.

Gamal u kapitana dostał konkretne polecenia miał dostarczyć nowe rozkazy dla dowódców Piątego Oddziału Armii Polowej i dołączyć do niej jako medyk ale wcześniej na dziedzińcu pod ratuszem miał spotkać człowieka, który miał go doprowadzić bezpiecznie na miejsce.

Na towarzysza nie musiał czekać długo… podszedł do niego średniej budowy i wzrostu doświadczony mężczyzna, włosy miał kruczo-czarne a oczy niebieski jak posążki z palących się właśnie kościołów. Na twarzy miał kilka małych blizn jak na żołnierza przystało poza tym nic nie wskazywało na to iż był to żołnierz… ba! Można by powiedzieć że bardziej prawdopodobne jest, że za młodu podrapał twarz biegając po krzakach niżeli brał udział w wielkich bitwach.

- Witam – powiedział sucho lecz z uśmiechem

- Witam, nazywam się Gamal i jestem medykiem…

- przypuśćmy że Khalid

- przypuśćmy? Podążamy na południe? Tam skoncentrowały się oddziały Nestoriańskie, prawda?

- tak… przypuśćmy

- co tak? Co przypuśćmy?

- tak przypuśćmy i przypuśćmy że podążamy na południe…

- wyśmienicie, a może coś więcej?

- jedziemy do Jidhuf po czym omijamy szerokim łukiem Isu i Awę po czym przypuszczalnie natrafimy na wojska Piątego Oddziału wojsk polowych.

- nie nadużywasz słowa „przypuśćmy”

- tak sądzisz?

- tak

- na pustyni nic nie jest pewne…

Khalid opuszczając miasto nie zatrzymał się na chwilę nawet by rzucić okiem na tortury jakie zadawano klechom, nie interesowały go skwierczące jak boczek ciała palonych na stosie ludzi, nie zaprzątał swojej uwagi piskami klechów bo dla niego piszczeli jak kobiety co w jego oczach oznaczało brak godności, nie zdegustowało go to że mężczyźni tłumnie gwałcili nestoriańskie kobiety wszak widział już to wszystko tyle razy. Jedyne co go rozpraszało i drażniło to zapach… zapach tłumu wiwatującego w momentach gdy kolejnemu torturowanemu urwano nogę w kolanie czy gdy karmiono go jego własnym usmażonym kciukiem… ludzie dla niego po prostu śmierdzieli potem, gównem i zgnilizną w połączeniu ze słodkawym zapachem palących się ciał zapach powodował u niego mdłości… dla niego ludzie zawsze śmierdzieli .

Na Khalidzie to wszystko nie robiło większego wrażenia jednak Gamal zareagował w normalny dla siebie sposób czyli obficie rzygnął na panią z koszem pełnym jabłek, dzieciom obrzucającym się zgniłymi warzywami też się dostało i żebrakowi proszącemu o jałmużnę też… w zasadzie to wszystkim w okolicy, jedynie szczerbaty rolnik zrobił efektowny unik ukrywając się za panią z dzieckiem, nie trzeba wspominać że i jej się dostało równie soczyście co obficie.

Khalid tylko spojrzał i z uśmiechem lekko klaskał podziwiając efekty fajerwerków Gamala.

- mógłbyś poprawić temu żebrakowi? – zapytał – strasznie mało zabawnie wygląda.

- jedźmy stąd…

- jeśli zajął byś się jazdą zamiast obrzygiwaniem mieszkańców Al Many było by znacznie szybciej

- jedźmy…

Kiedy Gamal doszedł do siebie byli już daleko za miastem. Khalid jadł jabłka szczęśliwie skradzione z kosza jeszcze przed atakiem Gamala.

- Wybacz moją reakcję… nie przyzwyczajony jestem do takich widoków…

- rozumiem, wielu wymiotuje gdy widzi takie okropieństwa.

- należało się tym apostatom, zdradziecka wiara

- oni mówią to samo o nas…

- czyżbyś nie wierzył w Allaha?

- wierze tylko i wyłącznie w siebie

- będziesz potępiony!

- za późno… jak już spotkasz swojego Allaha kopnij go w rzyć w ramach pozdrowienia ode mnie

- Zdrajca! – krzyknął Gamal

Gamal wyciągnął sztylet z za pasa po czym szybkim ruchem zaatakował Khalida, ten uchylił się i rozgniótł jabłko na twarzy Gamala po czym druga ręką rozkwasił nos młodzieńca. Gamal hukną o twardy grunt… wielbłądy nie zareagowały.

- podobno na ziemi bliżej do Allaha… nie jestem zdrajcą

- jak ktoś taki może pracować dla Wielkiego Mułły?

- Wielki Mułła ceni sobie moje zdolności o wiele mocniej niż twoją wiarę.

- kiedyś się zrewanżuje…

- oby, wstawaj… zmieńmy temat. Jakie są rozkazy?

- Mamy dotrzeć do Armii polowej i przekazać im że mają zabezpieczyć lądowanie wojsk Faruńskich na wybrzeżu zatoki Sitr.

- Na południu już zaczęły się walki… posiłki z Farun będą niezbędne.

***

- Wyślesz posiłki dla Ramzaniego?

- nic podobnego… pozwolę im się po zarzynać, poczym sami weźmiemy się za niedobitków.

- Ekscelencji Wezyrze… może lepiej zlecić dla Cristoforo wyeliminowanie Ramzaniego?

- Zbyt oczywiste, od razu wszyscy wiedzieli by że to moja sprawka… poza tym Cristoforo zniknął, ostatnio za często znika.

CIĄG DALSZY NASTĄPI… 21.12.08

12
gru
08

Umarło Moje Serce

Rozpocząłem właśnie prace nad moją krótką powieścią… mam nadzieję że wam się spodoba. Część imion i nazwisk jest zaczerpnięta od imion obywateli Sułtanatu Al Rajn. Jednocześnie zastrzegam, że bohaterowie powieści nie oddają osób z Sułtanatu. Wykorzystałem tylko ich imiona, co nie przeszkadza doszukiwać się podobieństw w postaciach tych lub innych bo są takie ukryte.

Jako że wolał bym pozostać anonimowy określę się jako 96bpm.

Miłego czytania.

Umarło Moje Serce

czyli opowieść o smrodzie Krwi i Potu

Opowieści Rajńskie

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W którym historia się rozpoczyna i przychodzi nam poznać bohaterów głównych… lecz nie tych najbardziej. Poczujemy także zapach krwi nie tylko ludzkiej. Przyjdzie nam także spędzić chwilkę w męskiej toalecie w Al Manie.

- To jest zawsze to samo… – zaczął mówić cichym i spokojnym głosem – kiedy zaczynasz naprawdę się bać śmierci… wtedy zaczynasz naprawdę doceniać wartość życia… czy nauczyłaś się kochać życie? Kochasz swoje życie, skarbie?

- Tak… – odpowiedziała bez momentu zastanowienia

- To dobrze… wiedz że nie czerpię przyjemności z tego, że muszę zabrać twoje życie… – kontynuował ze spokojem i pewnością siebie – ale to wszystko dla osoby która tak naprawdę o to nie dba…

Skrzypnął drzwiami i opuścił pokój, opuścił także mieszkanie… ona także… zostawiając za sobą tylko zapach krwi mieszanej z kurzem i drewnem podłogi a także słodkawy, ciężki zapach ziół. Podążał w stronę północnej bramy Awy by jak najszybciej wydostać się z miasta. Na jego nieszczęście nie było mu to dane, na swej drodze napotkał patrol Armii Sułtańskiej, która jak co noc patrolowała ulice pilnując porządku. Wiedział, że nie mogą go zatrzymać, wiedział też jak to by się zakończyło… znał wszystkie możliwe rozwiązania spotkania z żołnierzami i wszystkie z nich kończyły się śmiercią albo jego albo patrolujących. Gdy tylko zobaczył jeźdźców szybko skręcił w lewo w pierwszą lepszą uliczkę licząc na to, że może jeszcze patrol go nie spostrzegł, przeszedł około dwudziestu metrów wąską uliczką spoglądając spod kaptura za siebie, niebyło nikogo, „udało się” pomyślał. Po chwili tętent wielbłądzich kopyt wyprowadził go z błędu… jakże wielkiego błędu. Przyspieszył kroku, powoli przeradzającego się w trucht a po nim w szybki sprint między koszami owoców, licznymi drzwiami, garnkami o które co raz się potykał. Nie znał dobrze miasta i nie mógł wiedzieć, że za chwile na jego drodze stanie przeszkoda nie do przebycia… nie do przebycia dla zwykłego człowieka. Śmierdzący zgniłymi jabłkami i lepki oddech wielbłądów czuł już w każdym zakątku nozdrzy… nagle przed nim pojawił się mur który w takiej sytuacji wydał się być wysoki na niezliczoną ilość stóp… obrócił się by spojrzeć na osaczający go patrol już złożony z czterech jeźdźców a nie jak wcześniej z dwóch.

Jeźdźcy zsiedli z wielbłądów i złapali za broń, po chwili zapytali…

- czemuś uciekał?

W odpowiedzieli usłyszeli ciszę…

- nie będę po raz kolejny powtarzał i wepchnę ci ten sztylet w gardło… czemuś uciekał!?

Dalej cisza… dowódca patrolu okazał się być słowny i zaatakował szybkim pchnięciem skierowanym w gardło. Całe zajście trwało moment, assasyn się uchylił poczym szybko obrócił stając plecami do żołnierza, lewą ręką chwycił dłoń w której kapitan dzierżył sztylet po czym z niespotykaną łatwością wydobył go z garści kapitana i tylko w sobie znany sposób umieścił go w gardle już byłego właściciela. Odezwał się do pozostałych…

- na dziś wystarczy… – ze swoistym dla siebie spokojem

Po czym skoczył w kierunku ściany po prawej od której odbił się jak kula najwyższej jakości Faruńskiego kauczuku w kierunku drugiej ściany i ponad murem pozostawiając za sobą słodkawy zapach ziół… Przed sobą miał już tylko bramę północną i drogę do Al Many. Biegiem przekroczył mury miasta… jak dobrze się domyślał nie potrwało długo zanim Armia Sułtańska podniosła alarm a bramy miejskie zostały zamknięte. Nie było go już w mieście. Podążał do Al Many jadąc traktem handlowym by wmieszać w tłum.

***

- Panie Mohammad, miód z Pańskich piwnic jest przedniej jakości… ja wiem co mówię… wie pan przecież żem największy smakosz w całym sułtanacie! Wie pan że właśnie po to Jej Wysokość Sułtan mnie tam zatrudniła… wspomnę o panu i pańskim oddaniu a Sułtan łaskawiej patrzeć będzie… ojj łaskawiej!!! – krzyczał chwiejąc się na krześle i wymachując rękoma we wszystkie strony.

- Cieszy mnie to… ale nie łaska pani Sułtan, która tak często spadała na mój zakład mnie interesuje Szanowny Meladzesie – zawiało sarkazmem – interesują mnie nowiny z dworu…

- Panie Mohammadzie, toż wie pan że rozsiewać mi nie można tego co na dworze mówią, tym bardziej w tak strasznych czasach.

- Miodu? – o blat stołu gruchnęła sakiewka

- Ja najświeższym miodzikiem nie pogardzę, nie pogardzę – po chwili przerwy znowu podjął – Sułtan jest wściekła i ostatnio bardzo podejrzliwa, ponoć na dworze jest zdrajca a nawet kilku…

- ciekawe, ciekawe…

- tak… Sułtan nie wie komu może zaufać. A wszystko przez tych heretyków, apostatów, odszczepieńców pieprzonych Nestorian… od nich się zaczęło, od podpisania z nimi traktatu… fala morderstw dokonywana przez skrytobójców ludzie są coraz bardziej oburzeni… wie pan, że w zeszłym tygodniu w Awie zamordowano córkę bogatego kupca? Podobno odurzona i zgwałcona… a ładna dzierlatka była… pchnięta nożem w oko, a oczy piękne, niebieskie.

- może za dużo mrugała… zwykłe zbiegi okoliczności… mów co się dzieje na dworze, kogo podejrzewają? Co Sułtan zamierza z nestorianami i traktatem zrobić? Jak zareaguje Wielki Mułła? – przerwał coraz bardziej się niecierpliwiąc

- nie wiem czy zbiegi ale to już… hyyp! Ale to już ósma ofiara która została zamordowana w podobnych okolicznościach od momentu złożenia podpisów… hyyp! Sułtan nie ma nic przeciwko nestorianom i to jest najgorsze… pozwala tej zarazie szerzyć ich fałszywą wiarę w naszym świetlistym Sułtanacie, Wielki Mułła oczywiście protestuje, konflikt na tym polu może okazać się… hyyp! Zgubny dla całego kraju. Ojjj Allahu, łojojo Tańcowała… tańcowała!!

- odstaw do kurwy nędzy na chwile ten dzban i odpowiedz na pytania!!! – krzyknął wyraźnie zdenerwowany kupiec.

- tak, tak… już… hyyp… traktat najprawdopodobniej pozostanie, co nie w smak Wielkiemu Mulle i całej radzie, mówi się o otwartej wojnie… hyyp!

- kogo podejrzewają o zdradę?

- tym zajmują się szpiedzy… hyyp! Nie dopuszczają mnie do takich informacji.

- rozumiem konflikt Mułły z Nestorianami ale o co chodzi dla Sułtan… jeśli nie odwoła traktatu dojdzie do wojny, jeśli odwoła Nestorianie zostaną wyrżnięci a jej władza i tak osłabnie… gdzie tu interes… – szeptał sam do siebie, by po chwili krzyknąć– miodu dla naszego gościa!!!

- dob… hyyp! …rodzieju!

Abdullah Mohammad był człowiekiem mądrym i rozsądnym lecz nie raz używał chwytów szeroko wykraczających poza granice prawne i moralne. Wieści od pijaka Meladzesa były bardzo mało składne i już na pierwszy rzut oka widać było że i Sułtan wie że on jako pierwszy zacznie sypać piach z kosza na groby Sułtanów. Trzeba było znaleźć inne źródło. Mohammad był wielce zamożny więc odnalezienie nowych źródeł nie stanowiło dla niego zbyt wielkiej przeszkody, bardziej trapiło go to iż nie wiedział po której stronie ma stanąć. Był zawsze wierny i oddany dla Jej Wysokość Sułtan jednak teraz ewidentnie brak reakcji z jej strony działał na niekorzyść dla całego narodu.

***

Al Mana wyglądała bardzo spokojnie, spokojniej niż powinna. Piękne łuny ognia unoszące się z nad zamkowych murów tworzyły niespotykaną aurę której nawet najstarsi i najbardziej doświadczeni nie mogli by nie docenić. Zawył wiatr i choć pustynię przebył już dawno nadal czuł suchy i ostry zapach piasku. W stolicy odbywał się zjazd szlachecki organizowany co roku przez Jej Wysokość Sułtan… Zjechali najwięksi dostojnicy państwowi w tym przewodniczący Rady sułtańskiej Hussein Al-Shemmari, Generał Wojsk Lądowych Faisal Saad, Umma Dżalal bin Sezer, wszyscy Radcowie, Wezyr Al-Farun Abdullah Al-Mutari, nie mogło też zabraknąć prawej ręki Jej wysokości Sułtan Wielkiego Mułły i Generała Wojsk Morskich w jednej osobie Ajatullaha Osamy bin Ramzaniego. Niespodziewanie do rozmów Sułtan zaprosiła przedstawicieli religii Nestoriańskiej z Lestatem de Lioncourt na czele, który to jest głową kościoła Nestoriańskiego na terenie Sułtanatu Al Rajn.

Wąskie i prostopadłe uliczki Al Many były wyśmienitym miejscem dla szpiegów, wiedział to więc wiedział też jak wielu nieproszonych gości będzie miała Jej Wysokość. Ale nie tylko to było zaletą Al Many było w niej wiele karczm i łaźni w których można było się dyskretnie spotkać. Gdy nastała noc odwiedził Karczmę „Wiatr Pustyni” dwie ulice za placem głównym od strony zakładu kowalskiego Nawafa Awdego. Karczm o tej samej nazwie w Al Manie było jeszcze co najmniej cztery to gwarantowało jeszcze większą anonimowość. Wszedł doń i usiadł przy stole w rogu tak by móc obserwować kto wchodzi, zamówił surową rybę i chleb.

Przyszło mu czekać zanim osoba której oczekiwał przestąpiła próg karczmy. Był to wysoki dobrze zbudowany i elegancko ubrany starszy mężczyzna jednak nie starzec, takich nie spotyka się w lokalach tego typu więc od razu rzucił się w oczy. Za nim weszło jeszcze trzech, na pierwszy rzut oka dało się ocenić ich na zbirów raczej przeciętnej inteligencji. Zamówili miód raczej nie najświeższy.

Nie minęło dwadzieścia minut a assasyn wyszedł do łazienki, chwile po nim sale w tym samym kierunku opuścił elegancki mężczyzna.

W toalecie w powietrzu wisiał uderzający zapach uryny tak mocny że elegancki mężczyzna musiał zakryć nos rękawem.

- Cristoforo, czy ty zawsze musisz wybierać takie przeklęte dziury na spotkania? – dostojnik zapytał assasyna

- Tak – ten sam spokój

- Jak w pracy?

- Aktualnie jestem bezrobotny

- Dobrze – z zadowoleniem odparł dostojnik

- Więc do czego Ci jestem potrzebny tym razem Wezyrku? – teraz dało się wyczuć ironię i brak jakiegokolwiek szacunku dla rozmówcy

- Cristo! Szacunku trochę! Dzięki mnie nie zgniłeś doszczętnie!

- Wdzięcznym wielce jestem, dług dawno spłaciłem… mów że w końcu, nie zamierzam sterczeć w kiblu do nocy polarnej nad pustynią…

- dobrze… jutro Sułtan obwieści przyjęcie nowej religii państwowej równej Yslamowi… dla wielkiego Mułły będzie to wielce upokarzające. Jutro na spotkaniu obwieści to wszystkim dostojnikom państwa. Wielki Mułła będzie urażony lecz jest on człowiekiem wiernym Sułtan i nie poczyni żadnych kroków by przeszkodzić w tym dla Sułtan…

- do rzeczy…

- Sułtan nie jest już nam potrzebna a jej śmierć pozbawiła by go wszelkich skrupułów… i rozpoczął by otwarta walkę z Nestorianami, którzy to już sprowadzili amię i tysiące klech na nasze ziemie… zaczęła by się rzeź, w efekcie wszyscy by stracili, poza…

- … Tobą – dokończył – gdy już się po wyrzynają, ty rozwiązał byś konflikt wkraczając do Al Many z Yslamskimi pieśniami na ustach i kończąc konflikt jako nowy Sułtan… ble, ble, ble… kiedy?

- Jutro w nocy po spotkaniu…

- nie przeceniasz mnie?

- nie…

- i dobrze, żegnam…

- Niech Allah będzie z tobą Cristoforo…

- tak, tak… – rzucił odchodząc

- Cristo… co tak śmierdzi?

- uryna

- nie, z za okna.

- ktoś wielbłąda zarżnął




 

Luty 2012
P W Ś C P S N
« lut    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Najpopularniejsze wpisy

  • Brak

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.