24
gru
08

UMS – Rozdział Trzeci

W którym wszystko się wydłuża. Los nie oszczędza dwójki nowych znajomych a na domiar złego Gamal zostaje ranny z powodu biegunki Khalida. Bohaterzy podróżują w większej grupie przyjaciół a potem trafiają do drugiej grupy mniej przyjaciół. Ale w między czasie Gamal przekonuje wszystkich niedowiarków, że jednak na pustyni są kałuże pełne błota.

Choć do Jidhuf nie mieli daleko to i tak musieli się spieszyć ze względu na to iż zapadał zmrok i bramy miasta były zamykane punktualnie o północy. Wśród palm raczej ciężko było wyznaczyć dokładną godzinę.

- daleko jeszcze? – zapytał Gamal

- dwadzieścia minut drogi i będziemy u bram Jidhuf, zatrzymamy się tam na noc

- to dobrze… po co jedziemy do Jidhuf kiedy mogliśmy skręcić na trakt nadmorski?

- mamy tam sprawę

- mamy? Ja mam rozkazy

- tak obaj mamy, nawet powiem więcej mamy je od tej samej osoby… schowaj nóż

- chciałem tylko sprawdzić czy jest na miejscu

Ciągnęli rozmowę aż do bram miasta… Nad miastem górowały wieże jedynego meczetu w Jidhuf. Nie było to duże miasto jednak bardzo malownicze. Położone w dolnie między wzgórzami przypominało krainę miodem i mlekiem płynącą. Miasto było w pełni oświetlone co utworzyło piękną łunę nad miastem, jakby Allah otaczał je opieką własnoręcznie. Szeroko otwarte bramy oznaczały że wjazd jest możliwy ale nie bez kontroli którą przeszli bardzo szybko bo wystarczyło tylko by Khalid pokazał upoważnienie od Wielkiego Mułły.

Z bliska miasto wyglądało jak każde inne, na ulicach błoto lub kurz, w koszach spleśniałe owoce i warzywa. W rynsztokach pełzały jaskrawo świecące eufiliny, robactwo które wyjadało odchody ludzkie i zgniliznę a nawet psy czy zdechłe koty.

Idąc mijali kolejne lokale w których huczało od zabawy. Minęli siedzibę władz oraz piękny meczet, którego złocenia wyróżniały się na tle otaczających go starych i zniszczonych chat. Doszli do bramy przekraczając którą można było dotrzeć tylko do małego portu. Skręcili w uliczkę w prawo i znaleźli się na środku małego dziedzińca, na wprost nich były drzwi a nad nimi drewniany napis z którego ledwo można było wyczytać nazwę „Al Mazika” szyld nie napajał optymizmem przyzwyczajonego do wygód Gamala, nie napajało go optymizmem też to że tuż obok drzwi spał człowiek z butelką w ręku i w koszuli na którą ewidentnie znajdowało się coś więcej niż tylko wymiociny co to było, Gamal nawet nie chciał zgadywać a tym bardziej przyglądać się bliżej.

Przekroczyli drzwi, wewnątrz było już bardziej znośnie. Względna cisza i tylko kilku gości z których nikt nie spożywał alkoholu. Barman wycierał naczynia z dużym zaangażowaniem i układał z powrotem na półce. Podeszli do baru.

- Co podać Panie Patryku? – zapytał barman

- Khalidzie – sprostował Khalid

- Co podać Panie Khalidzie?

- Dla mnie kapustę z grochem i kubeczek miodu – powiedział Kahlid

- wodę i… – wtrącił Gamal

- zaraz podam – przerwał Gamalowi co wywołało nie małe zdziwienie na jego twarzy – Panie Khalidzie pokój czeka, ten co zawsze.

- dziękuję, jestem ci wdzięczny Abdulu

Po tym jak zjedli poszli do pokoju, było późno. Musieli wypocząć.

- Patryku? Dziwne imię, tak się nazywasz naprawdę? – zapytał Gamal

- naprawdę to się nazywam Khalid – odparł od niechcenia

- kiedy załatwisz swoją sprawę?

- teraz, musze iść do kibla nie służy mi ta kapusta. – powiedział wychodząc

Khalid siedział w toalecie już dobre dwadzieścia minut gdy drzwi pokoju się otworzyły a do wewnątrz weszła kobieta w kapturze.

- Kim jesteś?! – krzyknęła dziewczyna

- Kim ty jesteś!?

Kobieta szybkim ruchem ręki wyciągnęła nóż schowany za paskiem i dźgnęła Gamala w pierś. Ten jednak zrobił udany unik… prawie udany bo nóż rozciął mu bok, Gamal spróbował obalić dziewczynę na ziemie ta jednak się uchyliła i poczęstowała go efektownym kopniakiem w krocze tak że mógł tylko zawyć z bólu. Do pokoju wszedł Khalid…

- Leila przestań! Widzisz że bić to się za dobrze nie potrafi. – przerwał Khalid

- Kto to jest? – zapytała Leila

- człowiek z którym przyjdzie mi spełnić najbliższą podróż.

- nigdy nikogo tu nie przyprowadzałeś więc uznałam…

- nic się nie stało… ważne, że żyje…

- Nic się nie stało!? – krzyczał wijący się Gamal – kurwa mać! raniła mnie w bok…

-przepraszam nie przedstawiłeś się – powiedziała ze skruchą Leila

- wyśmienicie – burknął podnoszący się Gamal

- Leila Rami, agentka na usługach Ekscelencji Wielkiego Mułły Osamy bin Ramzaniego – powiedziała zdejmując kaptur

- Gamal Hamza, medyk na usługach… kurwa jak boli…

Leila Rami nie była dużo starsza od Gamala co strasznie go zdziwiło, zastanawiał się w jaki sposób tak młoda dziewczyna tak szybko dostała się do służby u Wielkiego Mułły. Leila była dziewczyną wyjątkowo ładną. Czarne włosy i szmaragdowo zielone oczy pasowały do siebie wręcz idealnie, twarz miała niczym bogini małą lecz wyjątkowo charakterystyczną i delikatną. Gdy Gamal się opatrywał, Leila przekazywała tajne rozkazy Khalidowi, nie mógł się powstrzymać by na nią nie patrzeć, często odwzajemniała spojrzenie czasem nawet dodając dyskretny uśmiech w ramach przeprosin za głęboko cięta ranę. A to jak zaczesywała długie włosy zrobiło na nim większe wrażenie niż to jak włada bronią białą.

- Muszę już iść… do zobaczenia Gamalu – z uśmiechem powiedziała Leila

- Następnym razem kopnij Khalida… do zobaczenia

Leila wyszła po czym było słychać jak zbiega ze schodów.

- Idź spać, musimy wcześnie wyjechać.

- z przyjemnością, dobranoc

- oby…

- Khalidzie, nie będziesz miał nic przeciwko jak otworzę okno… strasznie tu śmierdzi

- będę miał… śmierdzi? Skąd?

- z kibla

- ja nic nie czuje –niewinnie odpowiedział Kahlid

- udam że nie słyszałem, dobranoc

- a możesz udać, że nic nie czujesz?

- nie

Gamal wstał pierwszy mimo tego, że rana dawała mu się ostro we znaki. Khalid podniósł się około godziny później ponieważ wiedział kiedy podają śniadanie mieszkańcom. Ubrał się…

- Gdzie idziesz? – zapytał skwaszony Gamal

- Na śniadanie, ładny poranek nieprawdaż?

- po czym wnosisz? – ironia była wyraźna

- słońce pięknie świecie – może gdyby powtórzył to jeszcze raz Gamal by był skłonny uwierzyć

- za oknem mamy wielki mur zasłaniający wszystko włącznie z ze słońcem

- doprawdy? – Khalid był nieco zdziwiony

- tak – z całkowitą pewnością i zgodnie ze stanem faktycznym rzucił medyk

- aha… - wychodząc

Zaraz po śniadaniu zapłacili Abdulowi i opuścili lokal by odwiedzić meczet, a raczej rynek przed nim. Mieli tam czekać na orszak Generała Saida al Falima. Khalid wcześniej wszystko wyjaśnił Gamalowi by nie mieć żadnych problemów z narwańcem, dzięki temu Gamal dowiedział się że przez jakiś czas będą wspomagać eskortę Generała Falima by potem się od nich odłączyć i dotrzeć do Armii Polowej.

Orszak złożony z trzech wozów i trzydziestu jeźdźców czekał już tylko na nich.

- Co tak późno… przyjacielu? – odezwał się jeździec wyglądający na generała.

- Khalidzie… Witam Saidzie… towarzysz mi okulał

- Jak to okulał? Przecież ma rozbitą głowę.

- mówi, że okulał… wie lepiej wszak jest medykiem.

- haha… więc nie będę dywagował… ruszajmy! – krzyknął Generał Falim wskazując bramę widoczną już spod meczetu.

Powoli ruszyli, mieli przed sobą długa podróż i noc na pustyni kamiennej gdzie nie jest zbyt bezpiecznie tym bardziej dla bogatych ludzi bowiem grasują tam bandy zbójników pustynnych czekających właśnie na takie orszaki. Podczas podróży Khalid prowadził długie rozmowy z Generałem Falimem o jego planach i o tym co się dzieje na froncie, dowiedział się z nich że Lestat de Lioncourt zabrał już swoją armie i zamierza uderzyć w pierwszej kolejności na Awa po czym na Isu co było oczywiste, dowiedział się że już wczoraj cała armia zebrała się na południu Ammatu Awy i powoli zmierzają na północ nie po to by głosić słowo boże. Ale by szerzyć śmierć i zniszczenie.

Tymczasem Gamal zajmował się poznawaniem córki Generał Falima. Remedeeh urocza, mądra i przede wszystkim piękna blond włosa dziewczyna była wielce podekscytowana rozmową z Gamalem, co jakiś czas wybuchali śmiechem by za chwile znowu wróciła powaga i rozmowa na najwyższym poziomie. Remedeeh interesowało to jak jest za granicą i to co studiował Gamal. W oczach Gamala widać było młodzieńcze zauroczenie a oczy Remedeeh przypominały kamyczki wyciągnięte ze strumienia. Oboje nie mogli od siebie oderwać oczu.

Remedeh była blondynką o niebieskich oczach i wspaniałej figurze, miała wiele talentów o których opowiadała. Gamal miał jeden, którym był talent do stałego zakochiwania się jednak teraz to było coś innego coś większego.

Zatrzymali się późnym wieczorem. Tylko chwila wystarczyła by oczyścić pole z kamieni i rozłożyć czarne namioty. W sumie namiotów było około sześć w tym jeden stajenny dla wielbłądów. Wieczorem Remedeeh Falim opowiedziała o zamiarach jej ojca który ma zamiar ją wydać za swojego kolegę będącego aktualnie dowódcą Piątego Oddziały Armii Polowej czyli dla zwierzchnika Hamzy. Gamal poczuł rozczarowanie i wszechogarniający ból, sytuacja była bez wyjścia, nie wiedział co może zrobić by Remedeeh była z nim. Chłopak nie mógł długo zasnąć jednak głowa i cięta rana przypominająca Leilę tak go wymęczyły, że w końcu usnął.

W nocy Remedeeh wyszła z namiotu, wkradła się do stajni i wsiadła na jednego z wielbłądów i zaczęła powoli odjeżdżać by za wzgórzem ruszyć galopem przed siebie zmierzając… nie wiedziała dokąd zmierza. Nie zmierzała daleko bo nagle przed nią wyrósł inny obóz a za nią pojawili się jeźdźcy jej ojca wśród nich był Khalid i Gamal. Zdała sobie sprawę że nici z ucieczki i musiała się poddać… ale nagle z drugiego obozu wyszli ludzie którzy widząc jadących w ich kierunku zbrojnych zebrali się do obrony.

- To obóz bandytów! – krzyknął Falim – na nich!

Cały orszak minął Remedeeh tylko jeden jeździec został pilnować damy, reszta ruszyła w bój. Gamal też ruszył do boju dzierżąc w ręku saraceńską szablę.

Khalid siekał na prawo i lewo a ciała zbirów padały do jego stóp. Żaden nie miał szans… ale było ich znacznie więcej. Khalid zostało otoczony ale na ratunek przybył mu Gamal. Który częściej ciął powietrze niż ciała wroga ale przynajmniej koncentrował uwagę wroga na sobie. Ciosów wroga unikał raz się potykając drugi raz zasłaniając się bronią robił to tak niezdarnie że Khalid walcząc śmiał się w głos… Nie potrwało długo by Khalid pozbawił większości głów lub innych części ciała tych bardziej potrzebnych a czasem i tych mniej. Gamal w końcu trafił przeciwnika i ciął ramie ale to mu pozwoliło na chwilę oddechu i zadanie ostatecznego ciosu. Generał choć już mający swoje lata wciąż miał siły tyle co jego młodzi żołnierze, zanim walka się skoczyła zdołał rozpłatać dwie głowy i pozbawić nóg kilku zbirów. Po niedługiej walce bandyci zaczęli uciekać w pośpiechu…

- uciekają!! Za nimi! – krzyczał Falim

- nie ma sensu… niech wieją jak najdalej stąd, spotka ich jakiś oddział Armii Sułtańskiej – powiedział Khalid, nie świadomy tego jak w przyszłości będzie żałował swoich słów.

- masz racje… nie przedłużajmy podróży, do obozu!

Jeszcze w nocy było słychać głośną rozmowę między ojcem a córką w drugim namiocie.

Ojcowski krzyk niósł się przez całą pustynię. Kolejnego dnia wyruszyli i powoli zbliżali się do Awy, już po południ nadszedł czas na pożegnania, Gamal i Khalid odłączyli się od orszaku by zmierzać w stronę armii polowej. Nie obyło się bez serdecznych uścisków Generała Falima z dwójką emisariuszy a także ciepłych pożegnań Gamala z Remedeeh. Obiecali sobie oni że się jeszcze spotkają i to jak najszybciej.

- Jeszcze dzień i powinniśmy dołączyć do orszaku. Gamalu tam nie będzie zlituj się. Wiem, że jesteś jedynakiem a ojciec twój jest już stary przecież mogłeś spokojnie siedzieć w domu, dlatego nie rozumiem czemu tak chciałeś walczyć.

- dla sprawy, religii i ideałów. Pomogę zwyciężyć prawdziwej religii i nowemu władcy którym zostanie Ajatullah Osama bin Ramzani. Jest wspaniałym dowódcą duchowym i państwem będzie rządził wyśmienicie również.

- Nikt nie zgodzi się na łączenie władzy świeckiej i duchowej w jednym ręku, Ramzani by był wtedy zbyt potężny. Żaden z jego wrogów a nawet przyjaciół do tego nie dopuści. A co do samych ideałów to wspaniale że znalazł się choć jeden idiota który w tej wojnie za to zginie… rozumiesz? Takie urozmaicenie.

- nawet jeśli zginę po śmierci Allah…

- chyba nie chcesz zaczynać znowu o Allahu… już raz o nim rozmawialiśmy

- nie chce… a za co ty walczysz?

- to proste… walczę by zarobić na emeryturę.

- błahe powody, wstydził byś się… Wielki Mułła walczy o coś wyższego niżeli tylko pieniądze

- tak uważasz? To miłe… co to? – obracając się w bok i skupiając swoją uwagę w odległym punkcie

- nie próbuj zmieniać tematu

- słyszysz? … to niedobitki tych zbirów… Falim chciał ich wykończyć ale nie, ja kurwa musiałem go zatrzymać… w nogi!!!

Galopem pokonali pierwsze dwie wydmy, poczym ich wielbłądy wkroczyły na pustynie kamienistą, zwierzęta często się potykały o kamienie jednak nie przeszkadzało to w szybkim przemieszczaniu się. Obaj jeźdźcy wymuszali na wielbłądach szaleńczy galop między ogromnymi kamiennymi słupami i różnobarwnymi krzakami. W pewnym momencie dwaj jeźdźcy wkroczyli w niewielki wąwóz, musieli go pokonać bardzo szybko inaczej mógł zostać wykorzystany przez dopędzających ich bandytów. Byli za nimi już tylko kilkanaście sekund galopu a oddech bandyckich wielbłądów już był dobrze słyszalny co nie napawało zbytnim optymizmem Khalida, który w głowie znalazł jeden pozytywny aspekt całej pogoni, myślał że przynajmniej w jednym Gamal nie jest kaleką bo ten do perfekcji opanował jazdę na wielbłądzim garbie. Na nic zdały się wysokie umiejętności Gamala kiedy zwierzęta były zmęczone i galopowały coraz wolniej. Kiedy już udało im się wyjechać z wąwozu wyrosły przed nimi sporej wielkości krzaki przez które obaj przeskoczyli. Medyk wpadł z hukiem w śmierdzące błoto i całkowicie się w nim zanurzył a jego wielbłąd odjechał kilkanaście metrów i zatrzymał się przy skałach. Khalid miał nieco więcej szczęścia lecz nie zostawił Gamala i starał się go wyciągnąć… co mu się udało jednak było już za późno… grupa dziesięciu bandytów otoczyła Khalida i Gamala co wywołało szybką reakcję drugiego z nich…

- zasrane gnoje! Nie wiecie dla kogo służymy!

- Gamalku cicho… – wyszeptał Khalid

- wy suczysyny! Wielki Mułła Osama bin Ramzani was zniszczy i rozgniecie jak zwykłe robaki!

Gamal mimo tego że z trudem wydobył się z gnojowo śmierdzącego błota to wylądował w nim z powrotem ogłuszony rękojeścią szabli. Zabrali ich… tylko Allah jeden wiedział gdzie… a może i nawet Allah nie wiedział.


0 Odpowiedzi do “UMS – Rozdział Trzeci”



  1. Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


 

Grudzień 2008
P W Ś C P S N
    sty »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Najpopularniejsze wpisy

  • Brak

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.